Nigdy nie uda mi się w sposób wystarczający pogodzić wszystkich moich obowiązków. Prowadzenie domu.... Użeranie się z finansami... zakupy, sprzątanie , malowanie i wszystko inne. Od kilku dni wałczę z zimowym brudem. Staram się wszystko robić etapami aczkolwiek systematycznie. Staram się- naprawdę. Wczoraj zaczęłam swój pokój-pracownię. Doszłam do połowy, ale los zachwiał moją równowagą... a właściwie równowagą stołka i wylądowałam na podłodze. Ominęły mnie połamania jakiekolwiek... ale stłuczona jestem. Boli jak nie wiem co...- a dzisiejsza noc doprowadziła mnie do łez. No bo tak:- sama nie dam sobie rady z tym wszystkim. O pomoc Długiego...- gdy mam prosić, wolę zrobić sama. Kasy na wynajęcie kogoś do posprzątania- nie mam. Kółko się zamknęło. Dziś- mimo bólu we wszystkich częściach ciała pokój skończyłam. Na regałach musi Długi... Podłogi wyszorować musi Długi. Mycie parkietu mopem dobre jest na co dzień. Generalne sprzątanie to porządne wyszorowanie szpar i listew przyściennych. Po wczorajszym upadku sama- niewiele zrobię. Balkon wysprzątałam... ale zauważyłam że suszarka niestety nie wytrzymała zimowych mrozów i jest nie do użytku. ŻADNYCH miłych rzeczy nie spostrzegam. Chciałabym mieć już wszystko zrobione, jeśli jednak zostanę z porządkami sama... nie będzie sprzątnięte. Po prostu nie dam rady. Rano wstaję zmęczona. Start do nowego dnia to zmuszanie się do każdej czynności. Od przedwczoraj jest ta sama zupa na obiad. Gdyby tak chłopak się spiął od jutrzejszego rana. Gdyby poświęcił tą sobotę i niedzielę na sprzątanie, byłoby wszystko zrobione. Przecież bym pomogła... Przecież wieczorem do dziewuchy może sobie jechać. Usiadłam tak sobie dziś w Jego pokoju i rozejrzałam się dokładnie. Zazwyczaj tego nie robię... a pomieszczenia tego unikam jak ognia żeby się nie denerwować. Dziś się rozejrzałam. No i się po prostu poryczałam. Podejrzewam że biedota zamieszkująca slumsy, ma porządniej w swoich kartonach, niż ten młody człowiek w pięknym pokoju z balkonem. Mam teraz wybór:- albo posprzątać samej.... Albo prosić o posprzątanie zamieszkującego. Na zrobienie tego samej muszę poświecić conajmniej dwa dni i sporo swojego nadszarpniętego zdrowia. Jeśli poproszę... będzie awantura .... i tak nie posprząta... a ja stracę część zdrowia. Co więc wybrać?... W swojej całej pomysłowości znalazłam jeszcze jedno wyjście.... Mogę jeszcze zadzwonić do dziewuchy i spytać czy pomoże mi w wiosennych porządkach pokoju swojego przyszłego. Popołudnie- już nie mam siły. Zaparzę kawę i popracuję przy PC. Jeśli będę pracowała systematycznie, wyrobię się z obowiązkami na czas. Poza tym- gdy siedzę... odpoczywam. Jutro z rana wezmę się znów za dalsze sprzątanie. Nie maluję...- nie mam po prostu czasu i siły. Żałuję każdego niezapełnionego płótna, ale trudno...


Nie był później już tak cudny ten dzień, jednak ranek urzekł mnie swoim pięknem. Niespokojna tafla wody lśniła promykami wschodzącego słońca. Przymilała się światłu... kokietowała... i w końcu zaprosiła ten ogrom srebrnych iskier do niesamowitego tańca. Żadną inną porą roku, widok ten nie jest tak niesamowity. Właśnie teraz słonko wstaje w miejscu, gdzie w połączeniu z lustrem wody wygląda wręcz bajkowo. To misterium, które odbyło się dzisiejszego ranka, krzyczało wiosną. Rośliny nabierały zielonkawej poświaty, jakby ta pora roku była czymś bardziej materialnym. Tysiące iskier pryskało z wody na drzewa, które kąpały się w nich jak w skrach ognia. Zimnym kolorem srebra i błyskiem diamentów ,a jednak rozgrzewały i zapraszały do tej niesamowitej kąpieli. Ten taniec... ta nieziemska gra... -otaczała wszystko poświatą radości i nadziei. Jutro będzie już cieplej... Jutro także od rana zaklinać będę wiosnę śpiewaniem radosnym... o słońce moje....ty dla mnie lśnij...

Nic to że wyszłam rano ze szczotką na długim kiju... Zawsze z nią schodzę, ilekroć trzeba z całego autka śnieg zgarnąć. No bo jakże kłaść się całą na samochodzie, jeśli dama wybiera się „na miasto". Zakupy poczynione... Świeża pietrucha już w donicy ... i ma wypuszczać nać. Dymka też ma powiedziane, że opieszałość niemile widziana. Fasolówka na wędzonych żeberkach ugotowana... przez panią z wędliniarskiego, bo mnie na te żeberka namówiła. Śnieg- stopniał... Długi zaraz po 22-ej poszedł spać... i niby wszystko jest fajnie... Niby... Dół się jakiś bowiem pojawił ... Wielki jak lej po bombie i zionie czarną pustką. Wszystko mnie wnerwia,- ale przechodzi to wnerwianie na dobrą stronę. Może innym razem przejmowałabym się takim telefonem jaki otrzymałam... Nerwowo próbowałabym pomóc w problemie... Dziś odpowiedziałam krótko: „materiały przesłałam... zaraz wyślę kopię meila". I wysłałam... bez załączników... Niech mądralińska paniusia wreszcie zrozumie że czas jej świetności już się skończył. Zapomina i myli się częściej niż pozostała część zespołu razem wzięta i już. Zastosowałam zasadę..." nie opluwaj, jeśli plujesz na tych, którzy niosą lektykę z Tobą...".
Gdy wietrzyłam mieszkanie,- moją uwagę przyciągnęła rozmowa a właściwie kłótnia jeśli już nie początek bójki, gromadki młodych ludzi... A o co szło?.... O gejów szło. Wprawdzie w ich ustach inaczej brzmiały hasła, ale nie miejsce to na dosłowne cytaty. Burzliwa dyskusja należała do typowych. Większa część młodzieży śmiało wyrażała swoje poglądy bez owijania w bawełnę i piękne słowa. Druga część usiłowała pokazać, iż jest bardzo tolerancyjna i walczyła zacięcie z argumentami tej pierwszej. Muszę przyznać że kibicowałam tej pierwszej, bo w większości kwestii podzielała moje poglądy. Wszyscy bowiem dopuszczali tą inność do momentu demonstracji nagusów i wykrzykiwania kim są... Do granicy w której żądają legalizowania związków, które tak naprawdę rodziną nie są i domagają się prawa do adopcji dzieci. I ja uważam, że rodziną można nazywać jedynie związek jaki stworzyła sobą natura. Kobietę więc i mężczyznę.... Bo tylko w takim układzie możliwe jest wydawanie na świat potomstwa. Dopuszczam obcowanie ludzi z dysfunkcjami seksualnymi... lecz bez możliwości legalizowania związku jako rodziny. Zawsze można przecież u notariusza stworzyć dokument regulujący sprawy majątkowe... i jeśli pan X ma ochotę podarować dorobek życia panu Y- to niech mu to da. I niech notariusz zastanawia się kogo uważać w tym układzie za teoretyczną żonę... a kogo „posądzać" o to, że jest mężem. Wszelkiego rodzaju marsze tolerancji, niech sobie darują... Nikt zdrowo-normalny nie rozbiera się „do rosołu" i nie wykrzykuje na ulicy że żąda by go akceptowano. Jeśli tak robi- przyznaje że coś z nim jest nie tak. To tyle z seksu na wieczór.
Ponieważ stanie przy garach, dziś uskutecznione jutro przewiduję sprzątanie kuchni. Yesu... daj mi ochotę i siły... Spraw by poszło to szybko i sprawnie... Jeśli udałoby się jeszcze do soboty załatwić pokoje... reszta należy do Długiego. Balkony załatwię w poniedziałek. I przybywaj wiosno.... Przybywaj... Rozgrzej ciało i duszę, oraz zachęć do życia... A ja usiądę sobie wówczas cichutko przy sztalugach i będę w raju... Niech żyje ballllll.... bo to życie to bal jest nad baaaaale....

Kawałek wczorajszego dnia spędziłam na powietrzu... Wiało... Padało.... Ale było miło. Przy okazji zajrzeliśmy na cmentarz. Myślę, że w najbliższe cieplejsze dni powinnam tam pojechać „dosprzątać" to- czego nie zrobiłam wczoraj. Przecież święta tuż-tuż. I co z tego że świeci słońce... Napadało „białości" i znów jest zima. Gdyby to był grudzień- z pewnością widok jaki rozciągał się od rana z mojego okna, cieszyłby i nastrajał pewna nostalgią.... Dziś nie było żadnej nostalgii i radości. Dziś od rana z moich ust wyrwało się przekleństwo „jasna cholera-znowu"... Płatki z bukietu tulipanów opadły w nocy jak na komendę... Wszystkie i od razu... Dobra... wyrzuciłam to- co cieszyło moje oczy ponad tydzień. Został pusty wazon i zdziwiony Brunek... Planowałam dziś porządki w kuchni. Nie chce mi się nic. Nie ma ani porządków, ani pracy.... Boli mnie głowa i jestem w ten słoneczny dzień po prostu senna. Pietruchy przestały wypuszczać nać. Czas wymienić w donicy pietruchy. Jutro więc targ, bo i owocu mi się chce i rzodkiewki. Brakuje jajek i wstąpię naturalnie po wędliny i biały serek.. Jakaś sałata.
Odchodzi mama jednej z koleżanek ze szkoły. Co i ile może zrobić dla cierpiącej na nowotwór kobiety -rodzina... Wczoraj wieczorem napisała:- „... może Ciebie Bóg wysłucha. Błagaj Go by zlitował się nad moją matką... Niech skróci Jej cierpienia, bo my już nic więcej nie możemy zrobić..." Błagam Cię więc Stwórco wszystkiego co istnieje... Bądź miłosierny dla nas-ludzi...
Wiosenne porządki ruszyły całą parą. Wysprzątany korytarz i przedpokój. Uprany dywan i przesadzone kwiaty. Kwiaty... Właściwie tylko fioki potrzebowały przesadzenia. Do reszty dosypię tylko ziemi. Przez zimę rozrosły się tak bardzo, że musiałam coś z tym zrobić. Ale nie wyrzuciłam. Dwie reklamówki naszykowane dla Długiego do pracy. Niech sobie dziewczyny wezmą i cieszą oczy, gdy zakwitną. Szafki w kuchni u góry już umyte. To praca Długiego. Reszta należy do mnie. Dopada mnie chyba zmęczenie wiosenne. Jakoś tak nie mam do niczego chęci i ciągle jestem zmęczona. Pobolewa mnie głowa i wyczekuję ustabilizowania się pogody. Co z oczekiwań..- gdy naprawdę ciepło i normalnie ma zrobić się dopiero w czerwcu. Ech wiosno... wiosno... W tym roku zbyt opieszale przychodzisz do mojego kraju. Patrzę na grudnik. W tym roku, ten kwiat, który POWINIEN zakwitnąć późną jesienią ma już prawie 40 pąków. Czyżby szła zima? Otrzymany w prezencie pierwiosnek, także kwitnie cudnie. Może przywoła wreszcie tą wiosnę. Może w końcu zrobi się ciepło i będę mogła umyć okna. Jak na razie to nie mogę nawet uprzątnąć umieszczonych w korytkowej ziemi, gałązek świerkowych. Ziemia jest po prostu jeszcze zamarznięta i nie mogę ich wyjąć. Wieczór i kawa. Rozmyślania i wypoczynek. Dziś sobota.... Jak szybko minął ten tydzień...
niedziela, 21 marca 2010